Nie znam zapachu napalmu, ale kiedy szedłem dziś rano przez cmentarz i pośród zapachu płonących zniczy i nawoskowanych nagrobków mój odtwarzacz zaczął mi grać "Napalm in the morning" (by Sodom oczywiście), poczułem się dość... hmmm... ciekawie.
Do czego służy beat? Ta stopa brzmiąca basem (w muzyce tanecznej i techno) albo kapciem (w disco-polo), naliczająca rytm jak metronom? Na pozór wydawałoby się, że właśnie do podania tempa tym, którzy sami nie potrafią go wyłowić. Do pokrojenia muzyki na kawałeczki łatwiejsze do zrozumienia, podobnie jak komuś pozbawionemu zębów kroi się kotlet na takie małe kawałki, które można bez wysiłku przełknąć. Tylko że ci, którzy potrafią wyczuć rytm, nie potrzebują do tego beatu -- a jeśli ktoś nie umie, to i metronom mu nie pomoże. Wystarczy popatrzeć na tańczących na pierwszej lepszej dyskotece: przytupują sobie dość swobodnie i umcy-umcy jakoś im niespecjalnie przeszkadza w trafianiu pomiędzy uderzenia, jak popadnie.
Zastanawiam się czasem, co by było gdyby na jakiejś dyskotece puścić samą stopę poprzecinaną hi-hatem. Ludzie zaczynają tańczyć... tańczą... tańczą... zaraz, coś nie tak... tańczą...no i po jakim czasie zorientują się brakuje im muzyki? Czym ta muzyka właściwie jest? Dwutaktową pętlą służącą odróżnieniu jednej dwuipółminutowej sekwencji beatu od drugiej?
Ludzie tańczyli od wieków, na dworach przy muzyce wyrafinowanej i w karczmach przy wiejskiej kapeli. Tańczyli lepiej lub gorzej, a czasem tylko przytupywali w rytmie lub obok niego. Beat nie był im do tego potrzebny, wszystko było dobrze, dopóki muzyka miała drive, jakbyśmy dziś nazwali tę energię podrywającą z miejsca i każącą coś ze sobą robić.
Dziś gdy nie ma stopy, nie ma tańca. Puśćmy na wspomnianej dyskotece coś bez stopy, a ludzie będą stać w miejscu i kołysać się w jedną i drugą w oczekiwaniu na umcy-umcy. Jedno uderzenie na takt... drugie...cztery ćwierćnuty, potem takt trzydziestekdwójek, gęsto jak z karabinu -- a potem tylko ups-ups-ups-ups, aż do końca. Aha, w środku piosenki stopa robi przerwę, żeby znów się pokołysać, a potem znów wchodzi od gęstego karabinu.
Wredne czasy, komuś tak rasistowsko podchodzącemu do muzyki, jak ja, jest naprawdę ciężko.
Dziś Trójka przypomniała o jubileuszu Walkmana: 30 lat temu wypuszczono pierwszy egzemplarz. Pan dziennikarz chyba jednak młody jest i nie pamięta sprzętu kasetowego, bo charakteryzując te urządzenia powiedział -- oprócz tego że były niewygodne, długo przewijało się taśmę, baterie starczały na krótko itd -- że często głowica wciągała taśmę. Przepraszam, jaka głowica? Taśma zawijała się wokół wałka napędzającego, czasem tworząc przy tym taką ciekawą harmonijkę. Głowica jest nieruchoma i niczego nie może wciągnąć. No ale prawda, wkręcanie taśm to była zmora.
Swoją drogą, do dziś mam trzy wielkie szuflady kaset, na których jest mnóstwo fajnej muzy, czasem niedostępnej dziś w sieci. Kiedyś muszę nad tym przysiąść i zrzucić co ciekawsze rzeczy na dysk. Nie tylko rzeczy przegrywane od znajomych, ale nagrania z prób czy koncertów (fajnie się dziś słucha, jak człowiek kiedyś zaczynał grać) albo zupełnie archiwalne nagranie, kiedy miałem sześć lat i śpiewałem piosenkę, której nauczyłem się w zerówce (ludzie, to już trzy dekady temu!).
Czasem zdarza mi się tego słuchać. To całkiem inny ceremoniał: przewinąć, znaleźć pożądany utwór, wysłuchać od początku do końca bo po taśmie nie da się tak łatwo skakać od fragmentu do fragmentu.
A na strychu kurzy się szpulowiec marki Aria, którego też długi czas używałem. To było dopiero słuchanie muzyki!
Wziąć jakiś znany fragment muzyki (najlepiej od Stinga) żeby lepiej wpadało w ucho -- albo wymyślić własną melodyjkę, jeśli jest się ambitniejszym twoorcą. Góra na dwa takty, bo dłuższej słuchacz może nie ogarnąć. Puścić to w kółko, dodać beat żeby dobrze waliło na podkręconych basach. Potem zjarać się i pieprzyć do tego podkładu jakieś głupoty, najlepiej o jaraniu i ziomalach z osiedla, gęsto rymując, bo przecież rym, choćby gramatyczny i przez minutę wciąż ten sam, podstawą jest. Ot, i mamy hiphopowy przebój, jeden z miliona, nieodróżnialny od całej reszty. O, choćby takie coś:
Odkąd miesiąc temu załadowałem na odtwarzacz kolejną porcję muzyki, nie ruszam jej do dziś. Dwie stare płyty Kata, Coma, Diamanda Galas (uuuch, jaki głos!) -- no i Kolaboranci. Ktoś ich jeszcze pamięta? Kiedyś grali koncert w śp. suwalskim pubie VooDoo, o którym ponoć krążyła fama jednej z najlepszych koncertowni w naszym kraju. Poszedłem jako młody adept gitary basowej i po prostu odpadłem. To, co ich basowy wyprawiał z instrumentem, przechodziło wszystko, co zdarzyło mi się do tej pory widzieć. Szukałem go potem w różnych rankingach najlepszych basistów -- niestety bezskutecznie. Gdzie ci ludzie mieli uszy? Uszy pojawiły się parę lat później, kiedy nie było już Kolaborantów, a ów wymiatacz, jakiś nieznany nikomu Jacek Chrzanowski, stał się nagle bardzo znany jako basista Hey-a. Cóż, dziwnymi drogami chadza gust tzw. szerokiego publicznościa.
No a Kolaboranci, którym właśnie piszę tę laurkę... Wspaniała kapela; szkoda że nie wydali więcej płyt. Ambitny punk (?), pobrzękujący miejscami jazzem (można z tym dyskutować, ale tak ja to słyszę). No i te teksty. "Ciało i drewno", które do dziś tchnie świeżością, dwie części "Strażników moralności" z pierwszej płyty -- długo można wyliczać; dla mnie rewelka. Kto nie zna, niech się wstydzi.
"Trójka" jest wspaniała. Jem sobie obiad, jednym uchem słucham radia -- a tu nagle dziwnie znajoma melodia, którą podśpiewywałem sobie jeszcze za czasów podstawówki. "Dentysta-sadysta, sadysta-dentysta" i te cudownie chore dźwięki. Oczywiście Różowe Czuby ze swoim hitem (ciekawe, czy były jeszcze jakieś inne). Chyba ze dwadzieścia lat tego nie słyszałem, a pamięć przechowała wszystko. No i taaakie oczy na koniec, kiedy koleś mówi: "Różowe Czuby, czyli Maryla Rodowicz i koledzy". Jest może gdzieś w sieci teledysk?
W porcji piosenek Steviego Wondera, którą usłyszałem dziś przy śniadaniu, znalazł się "Higher Ground", znany mi dotąd tylko z wykonania Red Hot Chili Peppers, jeszcze z czasów kiedy grali ciekawą muzę. Dobrych parę lat temu dowiedziałem się, że ten pan skomponował też "Gangsta's Paradise" (tylko z innym tekstem), a poza tym covery raczej nigdy mnie nie zaskakiwały -- no, z jednym wyjątkiem, ale kto by przypuszczał, że Johny Cash sięgnie do materiału NIN czy Soundgarden? :D
Jakoś fajnie się słucha coverów zrobionych z takim smakiem i tym mocniej na wymioty mnie ciągną rzeczy takie, jak usłyszany wczoraj "Walking on the moon" w dyskotekowej wersji, usłyszana dawno temu kolejna wersja "Every breath you take" (śpiewana przez taką brzydką dziewczynę z długimi czarnymi włosami) i inne tego typu przeróbki. Żal mi Stinga, że tak po nim jedzie cała ta dyskoteka. Może przy okazji ktoś mnie oświeci, dlaczego akurat jego utworom przydarzyło się takie gówno?
Fajnie się słucha "The Hunt" zrobionego przez Sepulturę, składanki "Virus 100" ze smakowitą wersją "Forward to death" zaśpiewaną (!) przez NoMeansNo, "Cry me a river", którym Jarboe wciąż wywołuje dreszcze na moich plecach... I genialnie powiększa się te dreszcze teledyskiem Perfect Circle do ich wersji "Imagine". Nigdy nie widziałem teledysku, w którym obraz byłby tak doskonale dopasowany do tekstu.
A skoro już przy takich kawałkach jestem (gdzie nie zmieniono ani sylaby, a tekst zyskał zupełnie inną wymowę), przypomniał mi się jeszcze "One Vision" przetłumaczony na niemiecki przez Laibach. Ech, smakowitości.
W ramach ćwiczenia mięśni muzycznych (jak podaje autor), proponuję całkiem ciekawy rebus (hmmm, tak też to można nazwać). Zabawa polega na tym, że na obrazku zaszyfrowanio 75 nazw zespołów i oczywiście trzeba je znaleźć. Ja na razie mam dziesięć, ale dopiero zacząłem -- więc miłej zabawy.
Taaaak, uważam że pewne gatunki nie powinny istnieć, tak dla dobra ogółu. Stępiają wrażliwość, źle wpływają na pojmowanie estetyki przez podatną na wpływ mediów dzieciarnię, wręcz szkodzą i na dodatek powodują, że plomby mi lecą, a w kieszeni nóż się otwiera.
Nie powinno mieć racji bytu ani didżejstwo spłycone do zapętlenia jednego znanego motywu (vide nowa wersja "Money for nothing"), ani kolejne przeróbki Stinga czy The Police, ani żaden gatunek ograniczający się do beatu, w którym wszystko poza beatem służy chyba tylko odróżnieniu jednej piosenki od drugiej.
Krew mnie zalewa, kiedy słyszę nową wersję "Hello, I love you" czy dyskotekową wersję przewodniego motywu z Twin Peaks, a kiedy ktoś mi mówi, że moje podejście do muzyki polega na chęci wyeliminowania prawie wszystkich gatunków, zgadzam się z nim. Może to jakaś forma muzycznego faszyzmu, ale w takim razie -- plując przy tym na swastykę i łysoli podnoszących semafory -- przyznaję się do faszystowskich poglądów i wysyłam do gazu cały tzw. przemysł muzyczny.
Skąd się tacy biorą, no skąd? (Cytat z Lecha Janerki, zainspirowany wydarzeniami minionego weekendu)
Atmosfera w kapeli psuła się od długiego czasu. Tuż po trasie odszedł perkusista (tzn. tuż przed, ale jeszcze pojechał, żeby nie zostawiać nas na lodzie). Prawda, uprzedził naszą decyzję o wyrzuceniu go, ale mniejsza z tym. Miesiąc później zrezygnował też gitarowy, co zresztą pod koniec trasy było prawie pewne -- klimat dobijał wszystkich. Co tam, znaleźliśmy nowego garowego i graliśmy w jedną gitarę, próbując odbudować skład. Coraz więcej rzeczy było nie do zniesienia. Absolutystyczne zapędy lidera, masa niedomówień dotyczących nowej próbowni, kłótnie, starcia itd. Facet widział, że skład mu się sypie i zamiast coś z tym robić, usiłował przywiązać nas jakimiś dziwnymi umowami. W końcu ja i wokal -- ostatni ludzie, którzy chcieli jeszcze coś zrobić -- stwierdziliśmy, że pora dać sobie spokój. Nasz fuhrer (kryptonim Egon, ze względu na przerośnięte ego) na pożegnanie powiedział coś w stylu "I żeby było jasne: nie odeszliście, tylko ja was wypierdoliłem". Fajnie: zespołowi przypatruje się tylu ludzi, że wersja o sypiącym się składzie jest nie do przyjęcia. Lepiej pomówić nas o brak profesjonalnego podejścia (ciekawie to brzmi w ustach człowieka, który sam gra nieczysto, krzywo i niechlujnie i tylko otacza się lepszymi od siebie, aby to zamaskować; prawda, sprawdza się jako kompozytor i organizator, ale nic poza tym), niż przyznać się że kolejno odeszli, bo trzeba wtedy tłumaczyć przyczyny ich kroku.
Dla mnie nie do przyjęcia jest podejście do grania na zasadzie "obowiązku małżeńskiego". Na początku ma być radość tworzenia i wychodzenia na scenę, a zespół to przede wszystkim dobrzy znajomi. Owszem, umiejętności też są ważne, ale bez tej nieuchwytnej iskry zespół przestaje być szczery -- i to widać.
Nie pojmuję też rozstawania się z ludźmi metodą palenia mostów: naubliżać, zwyzywać, a potem siać za nimi smród. Tego ostatniego jestem pewien. Za jakiś czas, jeśli uda mu się odbudować skład (czyli znajdzie paru naiwnych, którzy dadzą sobie wcisnąć obietnice kariery i wielkiej kasy), na pewno dowiem się z wywiadów czy innych wypowiedzi, jakim to jestem zerem i beztalenciem. Jeśli to przypadkiem czytasz, uważaj: mam logi z rozmów i mogę pokazać, jak było naprawdę. Może boleć.
Szkoda tych kilku lat, bo zrobiliśmy kawał dobrej muzy, pokazaliśmy się w ciekawych miejscach i szykowało się coś naprawdę wielkiego. Cóż, żyje się dalej. Wiem, ile jestem wart, więc mówię z pełną świadomością: my sobie bez ciebie poradzimy, ty bez nas -- nie.
Zaczęło się od poszukiwania przekładu "Bela Lugosi is dead" Bauhaus. Tzn. zaczęło się od rozmowy ze znajomym, która zaowocowała odkurzeniem tej zacnej kapeli i ustawieniem w opisie fragmentu wspomnianego tekstu. Potem googlanie, przeglądanie wyników -- i jest! Zagłębiam się w tekst, czytam dalej... i oczom moim ukazuje się coś takiego:
strasny panek ne dycha
bele na belech pzeziranych cernych smatek
nefajne miewac żiwota
strasny panek ne dycha
netoperki popuskaly pitolnicu
pohahrance wyjuhaly se
crwene mechacone zylki na smertnu skrzynku
strasny panek ne dycha
nemartwec, nemartwec, nemartwec
neprzeklute żeny ruhają jeho smertnu domku
nakropieny bezżivotnymi zielnikami z bimboła
otaplany w martwialym wytrysku
samojeden w zahahranych scankach
panicek
strasny panek ne dycha
nemartwec, nemartwec, nemartwec
Wątek rozwinął się właśnie w kierunku "czeskawych" tłumaczeń, których już same tytuły rzucają o glebę: "Chram Laski", "Laska žrazu nás rozpláska", "Děcko Měsíčkí", "Kdě Bádýli Roužički Sě Měnom". Nie znam języka, nie wiem na ile jest to zgrywem, ale poczytać warto.
Jako że z moją kapelą walczymy ostatnio o największą liczbę ściągnięć w Strefie WP, zapraszam wszystkich którzy słuchają dobrego thrash-metalu do pobrania numeru z naszego materiału na płytę. Znaleźć go można w dziale Download na naszej stronie ("Thrash", pierwszy od góry) lub bezpośrednio tutaj. Oczywiście zapraszam też do zasysania pozostałych kawałków, uprzedzając tylko, że trzy pierwsze mają już parę lat i różnią się nieco poziomem od tego, co teraz robimy :D Plansze reklamowe znikają, wracamy do normalnego programu ;)
W związku ze świętem wielkich a nieobecnych artystów mam zagadkę. Oto lista utworów:
Depeche Mode: Personal Jesus
U2: One
Soundgarden: Rusty Cage
Nine Inch Nails: Hurt
Pytanie brzmi: co łączy wymienione utwory? Aby nie psuć zabawy, odpowiedź wrzucę w komentarzu, chyba że ktoś mnie ubiegnie ;)
No to sobie pojechałem na koncert Angels Of Light. Dowalili na jutro pracę i takiego wała sie wyrobię. Ciągle się zastanawiam, jak oni legalizują takie ikości nadgodzin: każdego tygodnia sobota, oprócz tego częste zmiany 12-godzinne, i tak przez całe lato. Wiem tylko, jak oszczędzają na tym całkiem sporą kasę: 760 brutto w umowie (przynajmniej u mnie), a reszta jako premie i inne dodatki -- a nadgodziny przecież są naliczane na podstawie stawki zasadniczej. Tym sposobem zakład stać na zatrudnianie nowych kierowników do spraw i dyrektorów jakichś-tam (dwie osoby w ciągu ostatniego miesiąca).
Wiem, zazdrość przeze mnie przemawia, bo sam, mając wyższe wykształcenie -- dobra, tylko licencjat, ale jakieś tam studia skończyłem -- zapieprzam na trzy zmiany na produkcji.
Ucz się, ucz?
"Walking in my shoes" w powrotnym autobusie po dziesiątej wieczorem; dziś cały dzień grał mi w głowie, w tej chwili też go słucham, w kółko i do oporu. Mmmm, kolejny utwór, z którym coś mi się kojarzy.
Podobno na naukę nigdy nie jest za późno. "Czarne oczy" usłyszałem chyba ze cztery miesiące po tym, jak znała to już cała Polska. Teraz dorwałem "Chinkę-czikulinkę" (a cholera wie, jaki to ma tytuł), nawet w wersji video, i mało nie padłem na glebę. To można zrobić coś jeszcze głupszego? I to całkiem serio? Żeby to był jeszcze polew, zrozumiałbym... może.
A dziś w telewizorni podawali, że na dniach puszczą "Titanica". Nie widziałem tego. Naprawdę! Czuję się z tym bardzo elitarnie i nie zamierzam tego zmieniać.
Właśnie usłyszałem w Trójce, że dziś mija 25 lat od śmierci Iana Curtisa. Do tego nieznany mi numer Joy Division. Cóż, ja znam tylko "Unknown Pleasures" i "Closer". Ech, odjeżdżało się kiedyś przy tej muzie; może czas skombinować to sobie w jakiejś lepszej jakości, niż stara kaseta? Dziś orgazmuję się starym, dobrym Velvet Underground, parę dni temu ściągnął się Rubicon (jakby ktoś nie wiedział: Fields Of The Nephilim z innym wokalem, bo prawa do nazwy zachował Carl Mc Coy). Oczywiscie wszystkie inne płyty tych panów, włącznie z bootlegami, już od dawna spoczywają na dysku (hehe, p2p to potęga).
"All tomorrow's parties", mmmmmm, smakowity kawałek, wspaniały głos; oczywiście przy okazji parę płyt Nico też poszło do kolejki. No, czas z powrotem zanurzyć się w dźwiękach.
Wystarczy wyjrzeć przez okno, żeby przekonać się, że Heraklit miał rację: wszystko płynie. Jak to dobrze, że przyjeżdżają po mnie i nie będę musiał przebijać się przez to wszystko w mokrych butach. A wszystko po to, żeby znów zapieprzyć po strunach i być dumnym z kolejnego motywu, którego na samym początku nie umiem zagrać, ale i tak wiem, że w końcu musi wyjść.

