13 września 2008

Szczęśliwy

Tak więc dziś o 10:15 zostałem ojcem. Masa nerwów, godzina dreptania pod drzwiami bloku operacyjnego (nastawialiśmy się na poród rodzinny czyli wspólny, ale niewielkie komplikacje wymusiły cesarkę) i w końcu cegła z serca: zdrowa córka, zdrowa mama, a tato -- po prawie całym dniu czuwania przy łóżku -- wychyla szklanicę Jacka Danielsa za zdrowie :)

25 sierpnia 2007

Po podróży

Odkąd zostałem szczęśliwym małżonkiem, mam stanowczo za mało czasu na siedzenie przy kompie. Od paru tygodni chodzi mi po głowie relacja z podróży poślubnej i nie mam pojęcia, czy -- i kiedy -- powstanie w pełniejszej wersji.

Zamiast bawić się w ciepłe kraje i byczenie się na zatłoczonej plaży, wybrałem (tak, to był mój pomysł) nasz własny piękny kraj, a dokładnie Polanicę-Zdrój. Piękne miejsca, dwa wypady do Czech, kilka ostrych spacerów po górach... Gdzieś tam zgubiłem pięć kilo, ale szybko do mnie wróciły. Niezapomniana wycieczka do adrszpaskiego Skalnego Miasta i rejs po skalnym jeziorku statkiem Titanic II (hehehe, kto był, ten wie). Wyjazd do Pragi z biurem Polonez (należy im się reklama, bo takiego przewodnika, jak pan Radek, świat nie widział; w autokarze opowiedział nam chyba z pół historii Czech i o każdym napotkanym miejscu miał coś ciekawego do powiedzenia, a na koniec nawet dostał od wszystkich brawa).

No i na deser odwiedziliśmy mój rodzinny Kożuchów: malownicze średniowieczne miasteczko (choć dziś mocno zaniedbane), które opuściłem dwadzieścia lat temu, by zamieszkać w Suwałkach. Dziwnie tak po latach wpaść na stare śmieci.

Plon podróży to jakieś 2 GB zdjęć i filmików, plecy zjedzone przez meszki czy inne robactwo, no i niezapomniane wspomnienia. Taki przedłużony miesiąc miodowy, bo równy miesiąc od ślubu minął jakoś tuż po wyjeździe. Teraz ten miód będzie we mnie wsiąkać i tak powstanie stary piernik :P

13 lipca 2007

Zaślubiony

Od dwóch tygodni jestem szczęśliwym małżonkiem. Wbrew tym, którzy rzucali teksty typu "lepiej się jeszcze zastanów", bardzo się cieszę. Spodziewanej tremy nie było, a ręce trzęsły się chyba tylko księdzu, kiedy wkładał do foliowej koszulki podpisany przez nas akt zawarcia małżeństwa. Zapewne dlatego, że -- jak nam powiedział -- byliśmy pierwszą od lat parą, która podczas składania przysięgi patrzyła sobie w oczy (to chyba dobrze nam wróży). No i brawa mu się należą za kazanie: ciekawe i z jajem. Ja sam bałem się tylko słynnego przejęzyczenia "i nie dopuszczę cię aż do śmierci" -- znajomi odnotowali, że po wygłoszeniu tej frazy lekko się zaśmiałem, a potem głośno odetchnąłem z ulgą.

Wesele było udane. Pióraczy mnóstwo, jak na ślub rockmana przystało. Taniec przy starym przeboju "Felicita" w metalowym wykonaniu moskiewskiego Boney NeM. Kuchnia w osławionym Albatrosie (tak, tak, tym od siedmiu dziewcząt) chwalona zgodnie przez wszystkich.

Z rzeczy godnych relacji warto wspomnieć jeszcze o naszym podarunku dla rodziców. Zamiast sztampowego listu z podziękowaniami zrobiliśmy piękne kalendarze na pierwszy rok małżeństwa, z naszymi zdjęciami i zaznaczonymi datami typu: urodziny, imieniny, zaręczyny, zapoznanie się. Tu ukłon w kierunku otwartych rozwiązań: do zrobienia kalendarza posłużył nam Scribus.

Rodzice, rodzeństwo i świadkowie dostali też od nas kubeczki z naszym zdjęciem i dedykacją "Najwspanialszemu Bratu", "Najwspanialszej Mamie" itd.

Hmmm, co jeszcze... No oczywiście moje pióra, z którymi nie wiedziałem, co zrobić i ostatecznie stanęło na lekko rozjaśnionych pasemkach. Wygląda to chyba ciekawie, co widać na załączonych obrazkach.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us Free Image Hosting at www.ImageShack.us

20 czerwca 2007

Pomysł na włosy

Jako że mój ślub coraz bliżej, zaczynam konkretnie zastanawiać się nad sugestią braciaka, żebym -- zamiast wiązać włosy w kitę, jak każdy kulturalny facet -- zrobił z nimi "coś eleganckiego, ale z pazurem, żeby wszyscy widzieli, że żeni się muzyk rockowy". Tylko, cholera, co? Warkocz odpada, jakieś upinanie czy podkręcanie jest dobre dla kobiet... No pojęcia nie mam.

Z zarostem pójdę do fryzjera, żeby ładnie przyciął, ale to tylko rzemiosło i rzemieślnik do tego wystarczy (bo fryzjerzy-artyści są poza moim zasięgiem, jeśli chodzi o cenę). No a pióra mają słuszną długość i rzeczywiście warto coś z nimi zrobić ciekawego.

Z takich odskoków od typowości, swego czasu chodziło mi po głowie, żeby nakłonić organistę do odegrania na nasze wejście Marszu Imperialnego z "Gwiezdnych Wojen". Kto nie zna, nawet się nie zorientuje, bo nastrój muzyka ma podniosły -- ale znajomym kopary by opadły. Ostatecznie rozbiło się o koszty (pewnie policzyłby sobie za to) i o to, że organista będzie "pożyczony" (i nie wiem, skąd), bo naszego chwilowo nie ma.

Jeszcze tylko dziesięć dni.

28 kwietnia 2007

Dziwni są

Kiedy mówię znajomym, że żenię się, większość ma na to odpowiedź w stylu "walnij się w łeb", "i na co ci to?", "będziesz jeszcze żałował" i tak dalej. Oczywiście sami są już żonaci, więc pewnie dobrze wiedzą. Taka głupia moda. Dotąd tylko jeden (spośród żonatych) szczerze mi pogratulował i powiedział, że to wspaniała decyzja. A ja... Cóż, nie mogę się doczekać. Jeszcze 63 dni.

Atmosfera w kapeli psuła się od długiego czasu. Tuż po trasie odszedł perkusista (tzn. tuż przed, ale jeszcze pojechał, żeby nie zostawiać nas na lodzie). Prawda, uprzedził naszą decyzję o wyrzuceniu go, ale mniejsza z tym. Miesiąc później zrezygnował też gitarowy, co zresztą pod koniec trasy było prawie pewne -- klimat dobijał wszystkich. Co tam, znaleźliśmy nowego garowego i graliśmy w jedną gitarę, próbując odbudować skład. Coraz więcej rzeczy było nie do zniesienia. Absolutystyczne zapędy lidera, masa niedomówień dotyczących nowej próbowni, kłótnie, starcia itd. Facet widział, że skład mu się sypie i zamiast coś z tym robić, usiłował przywiązać nas jakimiś dziwnymi umowami. W końcu ja i wokal -- ostatni ludzie, którzy chcieli jeszcze coś zrobić -- stwierdziliśmy, że pora dać sobie spokój. Nasz fuhrer (kryptonim Egon, ze względu na przerośnięte ego) na pożegnanie powiedział coś w stylu "I żeby było jasne: nie odeszliście, tylko ja was wypierdoliłem". Fajnie: zespołowi przypatruje się tylu ludzi, że wersja o sypiącym się składzie jest nie do przyjęcia. Lepiej pomówić nas o brak profesjonalnego podejścia (ciekawie to brzmi w ustach człowieka, który sam gra nieczysto, krzywo i niechlujnie i tylko otacza się lepszymi od siebie, aby to zamaskować; prawda, sprawdza się jako kompozytor i organizator, ale nic poza tym), niż przyznać się że kolejno odeszli, bo trzeba wtedy tłumaczyć przyczyny ich kroku.

Dla mnie nie do przyjęcia jest podejście do grania na zasadzie "obowiązku małżeńskiego". Na początku ma być radość tworzenia i wychodzenia na scenę, a zespół to przede wszystkim dobrzy znajomi. Owszem, umiejętności też są ważne, ale bez tej nieuchwytnej iskry zespół przestaje być szczery -- i to widać.

Nie pojmuję też rozstawania się z ludźmi metodą palenia mostów: naubliżać, zwyzywać, a potem siać za nimi smród. Tego ostatniego jestem pewien. Za jakiś czas, jeśli uda mu się odbudować skład (czyli znajdzie paru naiwnych, którzy dadzą sobie wcisnąć obietnice kariery i wielkiej kasy), na pewno dowiem się z wywiadów czy innych wypowiedzi, jakim to jestem zerem i beztalenciem. Jeśli to przypadkiem czytasz, uważaj: mam logi z rozmów i mogę pokazać, jak było naprawdę. Może boleć.

Szkoda tych kilku lat, bo zrobiliśmy kawał dobrej muzy, pokazaliśmy się w ciekawych miejscach i szykowało się coś naprawdę wielkiego. Cóż, żyje się dalej. Wiem, ile jestem wart, więc mówię z pełną świadomością: my sobie bez ciebie poradzimy, ty bez nas -- nie.

Pamięta ktoś takie czasopismo "Szkiełko i oko" (dawniej "Mała delta")? Jako dzieciak, kupowałem każdy numer i czytałem od dechy do dechy, co we wrodzonym humanizmie dało mi choć odrobinę ścisłego myślenia. Miałem chyba każdy numer, jaki się ukazał, od pierwszego do ostatniego; swego czasu zdarzyło mi się nawet zająć bodajże drugie miejsce w konkursie polegającym na wymyśleniu zwierzęcia, które nie istnieje i opisaniu go. No właśnie: miałem. Parę dni temu mój ojciec robił porządki na strychu i stwierdził, że to już niepotrzebne, więc wrzucił wszystko do pieca (na nieszczęście mamy w piwnicy własny piec do ogrzewania). Kilkanaście lat poszło z dymem!
kurwamaćpierdolonyzjebwdupęruchanystaruchsuchotnikzajebanykurwatwojamaćwdupęruchanapierdolonyśmietnikarzużebyciękurwapopierdoliłohujukurwamać!

Wiosna przygrzała i dookoła coraz więcej salcesonów, baleronów i innych boczków czy czego tam jeszcze. Aż się człowiek cieszy, że jest na diecie -- szczególnie że próżno by w niej szukać tłuszczu ;)

17 lutego 2006

Dzień Kota

Jako ktoś, kto czuje się bardziej kotem niż człowiekiem, składam wszystkim kotom najlepsze życzenia z okazji ich święta. Do życzeń dołączam cytat:

Pies kocha swojego pana za darmo i to niezależnie od tego, czy pan napełni mu michę, czy wykopie za drzwi. Kot jest twoim kumplem, dopóki go drapiesz za uchem: kiedy przestaje być rozkosznie, wypina się na ciebie i rusza na spacer własnymi drogami. Kot ma wszystko w dupie. Emocje zostawia frajerom: psom. Kiedy pan wraca do domu, pies dostaje nagłej gorączki z radości, ślini się, sika po nogach. Kot patrzy na frajera z politowaniem. Ogólnie podchodzi do tego wszystkiego beznamiętnie. Przerost luzu. Na pieszczoty się zgadza, o ile nie ma akurat własnych spraw do załatwienia. Niespecjalnie interesuje się, kto go drapie za uchem; ważny jest sam akt drapania, zdepersonalizowany akt robienia kotu dobrze. Dla kota świat dzieli się na zjawiska, które robią mu dobrze i te, które robią mu źle albo nie robią mu nijak. Zjawiska, które reprezentują pierwszą kategorię, mają zaszczyt wzbudzić leniwe zainteresowanie kota. Resztę się kasuje.
(Piotr Goraj: "Ale kyno!")

Najważniejsze wydarzenie minionego roku, raptem półtora tygodnia temu, w świąteczną niedzielę. Krótka "przemowa", która z powodu ogromnej tremy rwała się niemiłosiernie, przyklęk, wręczenie pierścionka i prośba o rękę. Z zachowaniem całego ceremoniału (no, prawie -- nie chciałem już na wejściu zdradzać się z zamiarami przez wręczenie bukietu także przyszłej teściowej), w zaciszu pokoiku, żeby nie podkręcać mojej i Jej nerwówki obecnością rodziny. Kompletne zaskoczenie, choć i tak spodziewała się, że prędzej czy później to nastąpi.
Teraz to już poważna sprawa, oficjalne narzeczeństwo; plany, które nie przewijają się w rozmowach mimochodem, ale zostaną konkretnie ustalone. To wiele innych rzeczy, których nie będę wyliczał.
Zawsze uważałem się za człowieka, który umie opisać prawie wszystko, ale nie uda mi się opisać tego, co teraz czuję. Nie ma słów, które mogłyby to oddać. Wiem jedno: Kasia jest najważniejszą osobą w moim życiu.

13 grudnia 2005

Ważna rocznica

To już rok bez papierosa. Jestem z siebie dumny, że po dwunastu latach palenia udało mi się w końcu to rzucić.

01 listopada 2005

Wspominkowo...

Coraz więcej znajomych na cmentarzach. To już nie dziadek i babcia plus trochę innej rodziny, tylko "żył lat 21" i temu podobne. Czasem człowiek modli się o to, żeby jednak Bóg istniał i nie pozwolił komuś zachorować, czasem o to, żeby ktoś tam nie zachowywał się za kółkiem jak wariat, bo muszą go potem po kawałkach wyciągać ze spłaszczonego samochodu -- a czasem o zwyczajną karę śmierci, żeby odstraszyć tego czy innego skurwysyna z pistoletem. I czasem jeszcze o to, żeby nie być nastepnym, bo jest parę rzeczy do zrobienia.

23 września 2005

Ale prywata!

Całkiem możliwe, że nie zaszczycę niedzielnych wyborów swoją obecnością, a to z prostego powodu: sobotę i niedzielę spędzam u mojego Słoneczka w mieście sąsiednim i nie mam zamiaru urywać się do domu zbyt wcześnie tylko dla spełnienia obowiązku obywatelskiego. W niedzielę i tak będzie niezły ubaw, bo zapewnie wybierzemy się do kościoła (cóż, na niektórych dziewczyny działają bardzo pozytywnie, skoro chce mi się wynudzać całą godzinę tylko dla dotrzymania Jej towarzytwa -- choć wierzący i tak jestem), więc będę mógł posłuchać sobie, jak się łamie ciszę wyborczą. Agitacja to akurat jeden z powodów, dla których kiedyś przestałem tam bywać -- drugim było uświadomienie sobie, że nawet jeśli wszyscy zaczynają śpiewać równocześnie, to jedna nawa kończy półtorej zwrotki przed drugą; mój słuch nie był w stanie tego zdzierżyć.
No, może przyłożę rękę do wyboru prezydenta, o ile też mi coś nie wyskoczy.

... a właściwie jego brak. Tydzień na noc, tydzień na dzień, tydzień na rano; prosta sekwencja, wiem jak rozplanować czas, aby choćby i po roboczej sobocie mieć kawałek weekendu, bo nawet jeśli jutro (niedziela) schodzę z nocki, to w poniedziałek mam na popołudnie. Kiedy jednak załadowali mnie od poniedziałku na rano, jest kicha i plany biorą w łeb, a kierownika przecież niewiele obchodzi że dziewczyna ma urodziny i końcówkę weekendu miałem spędzić u niej. Z tych paru wolnych godzin trzeba wyssać jak najwięcej, więc za dwadzieścia minut będę siedział już w autobusie, do domu wrócę tylko na noc, aby zdążyć do pracy, a rano z powrotem. Po trzech godzinach snu pewnie będę dziś w nocy padał na ryj, ale co tam, nie takie rzeczy się wytrzymywało. A tak w ogóle, to wszystkiego najlepszego, Kasiu :*

24 czerwca 2005

...

Półtorej godziny temu umarł mój kot, żwawy jedenastoletni staruszek...

Obudził mnie dziś telefon. Numer nieznany, okazało się że to stary znajomy:

-- Cześć, jesteś może w Warszawie?
-- Nie , a co?
-- Właśnie widziałem przez okno, jak przechodził ktoś identyczny jak ty. Myślałem że przyjechałeś, to byśmy trochę pogadali.

Ale i tak chwilę porozmawialiśmy. Nie łączy nas jakaś szczególna zażyłość -- ot, kilka lat w jednym zespole, zanim towarzystwo rozjechało się po większych miastach, kawał kraju zjeżdżony z koncertami, rzeka piwa (tudzież mocniejszych trunków) wypita przy różnych okazjach... W sumie fajnie mieć świadomość, że będąc w takim czy innym mieście, mogę przypadkiem natknąć się na kogoś, kogo kopę lat nie widziałem, i powspominać dawne czasy przy piwku.
Ten sobowtór mnie tylko zastanawia. Gość musiał być naprawdę identyczny; aż chciałbym go poznać. To mogłoby być wstrząsające doświadczenie. Tak czy inaczej, traktuję to jako dobrą wróżbę na urodzinowy tydzień (ups, to już jutro).