W niedzielne poranki Trójka puszcza audycję dla dzieci. Rozmowy na mnóstwo tematów, goście w studio i przez telefon, taki miły groch z kapustą, którego słucham sobie do śniadania. Dziś przez chwilę była rozmowa o kolorach. Pani redaktor powiedziała, że ludzkie oko potrafi rozróżnić ileś tam odcieni szarości, a obecna w studiu dziewczynka weszła jej w słowo z tekstem: "A ja mam na komputerze taki program Tux Paint i w nim można wybierać kolory", czy jakoś tak. Nigdy nie używałem Tux Painta, ale jakoś rzucił mi się ten Tux w uszy i od razu miło się zrobiło.

Zacząłem jakiś czas temu rozglądać się za ciekawą grą MMORPG utrzymaną w realiach sf/cyberpunk. Nie powiem, nie jest łatwo (albo za słabo szukałem). W mieczach, czarach i smokach można przebierać długo i namiętnie, ale jako wyznawcę DeusEx, niegdysiejszego gracza CP2020 i paru innych ciekawych systemów wybiegających w bardziej lub mniej mroczną przyszłość (przyjemnie wspominam np. jedną czy dwie nocki przegrane w Neuroshimę), sceneria fantasy nie kręci mnie aż tak bardzo. Nie kręci mnie na tyle, żeby chciało mi się zatapiać w taki świat na parę godzin ciężko wyrwanych z życia rodzinnego ;)

Udało mi się w końcu znaleźć Anarchy Online. Nazwa już wcześniej obiła mi się o uszy. Z tego, co poczytałem na oficjalnej stronie gry oraz na polskich stronach i forach, rzecz wygląda zachęcająco.

Na razie zainstalowałem sobie grę i powoli przymierzam się do stworzenia postaci. W praniu wyjdzie, jak mi się rzecz spodoba, jak sobie poradzę z moim bardzo przeciętnym angielskim i w ogóle na ile mnie to wciągnie. Po którymś z rzędu przejściu Deusa i w oczekiwaniu na jego trzecią część brakuje mi chyba nowych wrażeń.

06 marca 2009

Serwerek cz. 2

W nawiązaniu do poprzedniego wpisu dodam co następuje:

Zarówno ssh jak i ftp są dostępne z zewnątrz i od początku były. Nie mam pojęcia, jakim sposobem router blokował próby połączenia z wewnątrz sieci przez zewnętrzne IP, bo u siebie w domu bez problemu sprawdzam tak dostępność usług z zewnątrz.

Problem zmiennego IP rozwiązałem następującym skryptem:

wget http://checkip.dyndns.org/ -O - -o /dev/null | cut -d: -f 2 | cut -d\< -f 1 > /home/user/Desktop/ip.txt && scp /home/user/Desktop/ip.txt user@moj.adres.dyndns:/home/user

Dopisałem go do /etc/crontab i jeśli mam włączony komputer, co 10 minut dostaję plik z aktualnym adresem. Spróbuję jeszcze pobawić się w porównywanie świeżo sprawdzonego IP z już zapisanym i wysyłanie tylko w przypadku stwierdzenia różnicy.

Na moim "domowym" lapku postawiłem niedawno serwer ftp. Ot tak, żeby nauczyć się czegoś nowego, móc czasem coś udostępnić kolegom lub pozwolić im coś wrzucić do mnie. Wybrałem vsftpd, z uwagi na opinię "very secure". Konfiguracja bajecznie prosta: Yast, do tego jakiś frontend do zarządzania serwerem w KDE i nawet nie trzeba ręcznie grzebać w pliku konfiguracyjnym. Aha, no i przekierowanie portów na routerze, żeby działało.

Jako że apetyt rośnie w miarę jedzenia, zapragnąłem czegoś podobnego na moim serwisowym komputerku w pracy, żeby np. będąc gdzieś w terenie móc ściągnąć jakiś potrzebny plik. Niby zadziałało, ale router coś zaczął się stawiać, bo pomimo przekierowania odpowiednich portów wciąż nie chciał wpuścić mnie do środka i na ftp://nasze_zewnętrzne_IP uparcie odpowiadał własnym monitem o login i hasło -- wiem, bo po wpisaniu właściwych danych wypluwał inny błąd, niż gdy podawałem anonymous/asdf@adsf. I nie pamiętam już, jaki to błąd, bo odechciało mi się z tym walczyć.

Mniejsza z tym. Kolejny apetyt postanowiłem zaspokoić serwerem SSH. Chodziło mi to po głowie już od jakiegoś czasu, ale jakoś dopiero kilka dni temu zabrałem się za to tak poważnie.
Pretekstem było ustawienie dostępu spod Windowsa do partycji ext3 wg bardzo ciekawej instrukcji. SSH zapachniał mi jednak nieco bardziej i w krótkim czasie miałem go też na laptopie (oczywiście razem z DenyHosts żeby mi się obcy po systemie nie szwendali). No a dziś zainstalowałem sobie toto w pracy, jako rekompensatę za przegraną walkę z ftp.
Przekierowanie portu, próba wejścia po zewnętrznym IP -- i znów dupa. Rzut oka na /var/log/messages (gdzie ssh wrzuca swoje logi) uświadomił mi, że coś jednak z zewnątrz widać. Informowała mnie o tym cała litania nazw, po których ktoś chciał się do mnie wbić. Zapisałem sobie więc aktualne IP (mamy Neostradę), aby sprawdzić w domu -- no i jest, działa wspaniale.

W międzyczasie wymyśliłem jeszcze coś. Jako że IP jest dynamiczne, a nie chce mi się bawić z DynDNS (nie wiem, czy niedługo nie będę zmieniać pracodawcy, a nie jestem aż taki dobry żeby im to ładnie ustawić i pozostawić jako gratis), przydałby się jakiś inny sposób informowania mnie o aktualnym adresie. Ot, choćby jakiś skrypt, który co ustalony czas sprawdza zewnętrzne IP i przesyła je w pliku tekstowym na mój anonimowy ftp. Albo klient jabbera ustawiający adres w opisie (choć to może być bardziej złożone). Taka mała fantazja, z którą być może kiedyś się zmierzę.

Następny w kolejce do zabawy będzie chyba serwer pocztowy. Na razie czekam na wystarczającą motywację i może jakiś impuls, który każe mi to pewnego dnia zacząć. A radocha pewnie będzie równie nieziemska.

03 stycznia 2009

Taka sobie myśl

Windows jest jak konstytucja USA: ktoś go kiedyś napisał, a teraz już tylko jadą na poprawkach.

Pomijając wszelkie konotacje historyczno-polityczne stwierdzam, że między Chinami a Tajwanem ne ma różnic -- technologicznych mianowicie. Oba kraje klepią taką samą tandetę.

Przykładem Edimax. Tydzień człowiek zakupił router ADSL tejże tajwańskiej firemki. Po południu próbuję zestawić mu połączenie, a tu przysłowiowa dupa (sorry za słownictwo, ale jeszcze mnie nosi). Kontrolka ADSL miga sobie i tyle. Człowiek zachodzi więc do sklepu i wymienia sprzęt na nowy egzemplarz. I znów brak synchronizacji, a dodatkowo problemy w połączeniu z komputerem (chyba coś z dhcp, ale już nie chciało mi się sprawdzać, czy statycznie się połączę). No to kolejna wymiana. Tym razem router się łączy, ale okazuje się, że omyłkowo wymieniono go na model bez wifi. Drobiazg, wymieniamy. Kolejny egzemplarz połączył co prawda od ręki (przedwczoraj po południu), ale już dziś dostałem telefon, że "nie ma internetu".

Tu mała dygresja. Zachodzi dziś do serwisu facet z routerem, a jakże, Edimax. Problem: nie działa. Absolutnie martwy, tak na śmierć. Sprawdzam zasilacz -- i owszem, sprawny. Tak więc router jedzie na gwarancję (chyba drugi lub trzeci w tym miesiącu, nie licząc tych od głównego bohatera moich wywodów).

No i wracamy do naszych baranów, jak mawiali starożytni Indianie. Jadę wieczorem sprawdzić, co się dzieje. Router stoi na piętrze; zanim wejdę, sprawdzę z laptopa na parterze. Próba połączenia (sygnał całkiem niezły) -- i dupa czyli 169.254.cośtam.cośtam. Idę zrestartować urządzenie i tu niespodzianka. Po włączeniu zasilania świeci tylko kontrolka Power. Tzn. raz świeci, a raz nie, trochę sobie pomruga i gaśnie całkowicie, po kolejnym restarcie poświeci i zdycha, po następnym wcale nie rusza -- o żesz tajwańska wasza mać! Jutro kolejna wymiana, ale na coś innego. Na pewno też made in china czy inny taiwan, ale może z lepszą kontrolą jakości.

Stoją u nasz jeszcze ze cztery takie i pozostaje tylko mieć nadzieję, że te będą u ludzi działać -- a następnych po prostu nie będziemy chyba sprowadzać (mały mam na to wpływ, ale taką argumentację szefostwo chyba przyjmie).

A ja na dniach sprzedaję ojcu mojego D-Linka (DI-524), który chodzi jak złoto, mimo że zdarzyło mi się przeczytać o tej firmie parę nie najlepszych opinii, a potem dołożę trochę i zafunduję sobie jakiegoś Linksysa. Wolę zapłacić raz a dobrze i nie użerać się potem z jakąś tandetą.

W związku z tym, że jeden ... (oszczędzę niecenzuralności) każe sobie placić za transporty, a drugi ... (również oszczędzę) wyłączył serwer z używanym przeze mnie transportem, poszukuję działającego na dłuższą metę transportu Tlena. Zna ktoś i używa takiego?

03 sierpnia 2008

Dziwactwo

Ostatnio klientka przyniosła mi kartę pamięci, na której "wcięło" jej zdjęcia. Podłączyłem kartę, aprawdzam zawartość: oczywiście autorun.inf, oczywiście explorer.exe, jakiś plik .cmd i parę plików zerowej wielkości, które pierwotnie mogły być folderami (wskazywały na to ich nazwy). Aha, no i przy tych kilku niewielkich lub pustych plikach 1/4 karty (czyli coś koło 512 MB) zajęta.

W ruch poszedł Photorec który już niejeden raz pomógł mi odzyskać takie zaginione rzeczy. No i niby nic sensacyjnego, bo wszystkie zdjęcia udało mi się wyciągnąć, ale jaja zaczęły się dziać, kiedy postanowiłem zrobić na tej karcie porządek.

Nie chciało mi się jej formatować, więc tylko otworzyłem zawartość, aby usunąć tych parę drobiazgów i skopiować zdjęcia -- no i tu niespodzianka: pliki nie dają się usunąć, nawet te puste. Próbuję z roota -- to samo. Tak więc "Jacenty, pomóż!": wytaczam najcięższe działo pt. Gparted, widzę znów, że "coś" zajmuje kupę miejsca na karcie, ale olewam to. Po zakończeniu formatowania otwieram zawartość i cóż widzę? Owe puste pliki nagle zmieniły się w foldery, a jakże, ze zdjęciami (nawet o kilka sztuk więcej, nż udało mi się odzyskać), gdzieś tam zamiast pliku Recycled (oczywiście pustego) wskoczył folder zawierający starego znajomego: ctfmon.exe z jeszcze dwoma kolegami (bodajże info.ini i coś tam jeszcze), po prostu czarna magia! Na wszelki wypadek wyjąłem kartę, włożyłem jeszcze raz, potem sprawdziłem na jeszcze jednym komputerze (tym razem z Windowsem), aby upewnić się, że zawartość nagle nie zniknie, i w końcu zadowolony niosę kartę do klientki. Ona włożyła ją do czytnika... a tu zonk: nie rozpoznaje nośnika. Dobra, wracam do firmy, żeby zgrać jej te zdjęcia na płytę, podłączam kartę u siebie -- oczywiście wszystko jest na swoim miejscu.

Po nagraniu zdjęć postanowiłem, że po prostu zdejmę partycję i założę na nowo, a tu zonk po raz drugi: nie da się sformatować, Gparted oznaczył ją na czarno, jako uszkodzoną/nieznaną. Myślę sobie: dobra, może gdzieś jeszcze siedzi jakiś syf, ale tego ciosu na pewno nie wytrzymasz:

dd if=/dev/zero of=/dev/sdc

No i co? No i nic. Gparted zakłada sobie nową tablicę partycji, potem format i znów error.

W tym momencie skapitulowałem. Uznawszy, że wszystkie te czary-mary, począwszy od zniknięcia zdjęć, wynikają z jakiejś wady karty, zaniosłem kobiecie płytkę ze zdjęciami oraz kartę zdiagnozowaną jako "do reklamacji". I tak była zadowolona, że nie znikła jej pamiątka z zagranicznego urlopu.

Kolejny raz wszedłem w skórę J C Dentona w Najlepszej-I-Najbardziej-Kultowej-Grze-Wszechczasów. Jako że w tak rewelacyjną grę nie wypada grać na pirackiej wersji, kupiłem swego czasu płytkę wydaną w ramach Kolekcji Klasyki, no i oczywiście nie omieszkałem zainstalować sobie tej właśnie wersji. Spolszczona jest, a jakże. Mój angielski nie jest niestaty aż tak swobodny, żeby wszystko łapać w tempie gry, dlatego od samego początku posługiwałem się spolszczeniem -- tym stworzonym przez ludzi z polskiej strony poświęconej grze. Z początku trochę kulało; przełożone były tylko dialogi i te zapisy, które dotyczyły przejścia gry. W kolejnych wersjach przetłumaczono wszystko: każdy drobiazg i każdą napotkaną gazetę. Pomyślałem sobie: No, teraz to dopiero będę miał przekład z rąk zawodowców -- a tu rozczarowanie. Styl jest miałki, kilka perełek wygląda tak, jakby wyszły spod translatora, a mój ulubiony dialog pogodzonych przywódców triad w klubie Lucky Money w kluczowym momencie (tym o pingwinach z Norwegii: dla mnie bomba) nagle zaczyna iść po angielsku, jakby tłumacz się zagapił. Aż boję się, co będzie dalej, kiedy będę rozmawiał choćby z Morfeuszem. Ciekawość, co też tłumacz jeszcze wymyślił, walczy u mnie z chęcią zainstalowania spolszczenia.

28 kwietnia 2008

Margines

Niedawno w komentarzach do jakiegoś newsa natrafiłem na tekst w stylu "bo przecież nikt nie będzie pisał programów dla systemu, którego popularność waha się w granicach błędu statystycznego". Wiadomo oczywiście, o jaki system chodzi; wiadomo też, że statystyki są trzecim, najwyższym stopniem kłamstwa (kłamstwa -- cholerne kłamstwa -- statystyki). Również wiadome jest, że użytkownicy Linuksa stanowią bodajże 0,2 lub 0,4% ogółu. Jest jednak kilka "ale":

Na jaką faktyczną liczbę użytkowników przekłada się ten ułamek procenta? Chyba niemałą, skoro znakomicie sobie funkcjonuje kilka wielkich, kilkanaście pomniejszych i mnóstwo wąskich/małych/wyspecjalizowanych/marginalnych (niepotrzebne skreślić) dystrybucji.

Jak wygląda taki procentowy rozkład wśród serwerów i komputerów "do zadań specjalnych"? To już na pewno nie taki margines. W końcu nawet kampania "get the facts" nie jest skierowana do użytkowników domowych, ale właśnie do przedsiębiorców. Ergo: w tym segmencie rynku Linux stanowi zagrożenie dla monopolisty, bo ułamkiem procenta nawet by sobie nie zawracali głowy.

Ja od dobrych paru lat używałem Mandrivy (a wcześniej Mandrake'a), najpierw jako dodatkowego, potem głównego, a od prawie roku -- jedynego systemu na domowym komputerze. Na laptopie mam OpenSUSE, tak samo na kompie w pracy. Do celów serwisowo-ratunkowych długi czas używałem dystrybucji Knoppix, a od może pół roku głównym narzędziem jest SystemRescue CD. Do tworzenia obrazów dysków służy mi Clonezilla, którą bardzo sobie chwalę. W sumie z Windowsem mam do czynienia tylko na komputerach klientów (ewentualnie kiedy odpalam jakąś grę, która na Linuksie nie che działać) i jakoś nie doskwiera mi jego brak na co dzień.

A po co to wszystko? Raczej nie po to, żeby dementować słowa jakiegoś trolla. Chciałem tylko zauważyć, że kiedy na rynku pojawił się Firefox, też był postrzegany jako coś marginalnego, dla garstki zapaleńców. Gdy pod koniec 2007 roku używało go coś koło 10% użytkowników, traktowano to jako sukces -- a jak jest dziś? I chyba tylko o to chodzi.

02 marca 2008

Decyzja

Biłem się z tym czas jakiś, ale podjąłem wreszcie decyzję. Skoro mój Asus nie lubi linuksa, czas się z nim rozstać i kupić coś, co będzie bardziej kompatybilne.

Dźwięk w końcu udało mi się zainstalować (poszedł na sterownikach OSS 4.0), ale dziwnie jakoś pracuje, bo nie działają powiadomienia systemowe, milczą filmy osadzone na stronach (coś tam trzeba zamieszać z wtyczką Flash, ale dotąd nie udało mi się tego ustawić) i w ogóle mikser jest jakiś dziwny i nieżyciowy, bez prostej kontroli z tray'a.

WiFi zaczęło działać przez ndiswrapper, ale i tak jego działanie zależy chyba od humoru, bo czasem mogę sobie łączyć do przysłowiowej usranej śmierci, a i tak nie połączy (próbowałem na różnych routerach, z szyfrowaniem i bez; winda łapie natychmiast, a ndiswrapper nie chce).

Reszta w zasadzie działa ładnie, ale te dwie rzeczy doprowadzają mnie czasem do białej gorączki. Na dodatek szukanie odpowiedniego lapka zaczyna mi przypominać szukanie igły w stogu siana. Żeby chociaż jakaś wyszukiwarka, w której podałbym specyfikację i sprawdzał modele, które wyskoczą -- ale nie znalazłem takiej, która pozwoliłaby ustawić odpowiednio precyzyjne kryteria.

Może ktoś z szanownych czytających podsunie mi jakiś pomysł? Moje wymagania są następujące (głównie trzy pierwsze punkty, reszta to kosmetyka):

  • dwurdzeniowy procesor (najlepiej AMD, za względu na jego 64 bity)
  • grafika Nvidii (ATI działa na mnie jak płachta na byka, a do innych nie mam zaufania)
  • sprawdzone działanie dźwięku i WiFi (wbudowane, bez egzotycznych sterowników i ndis-protez)
  • panoramiczna matryca (nie musi być błyszcząca)
  • kamera niekoniecznie, ale jeśli jest, to też działająca
  • modem telefoniczny podobnie
  • mile widziane wejście line-in
  • oczywiście żadnego dołączonego systemu spod znaku MS

Ceny nie będę precyzował, żeby nie usłyszeć "Tak, to tylko w Erze poskładają", ale gdybym się zmieścił w ok. 2000, byłoby pięknie.

Już dawno miałem to wrzucić, tylko jakoś zawsze mi umykało. Otóż każdy, kto posługuje się swoim pendrivem na różnych przypadkowych komputerach, z pewnością łapie co jakiś czas ten syf. W głównym katalogu tworzy się autorun.inf (z atrybutem s, żeby nie było go widać) oraz katalog Recycled (nawet z ikonką kosza) zawierąjcy ów nieszczęsny ctfmon.exe. Od tej pory wystarczy wpiąć pena gdzie indziej i już nam się nasz wirus (czy co to tam jest) przenosi na wszystkie partycje. Epidemia na całego, bo bywało, że w pracy wywalałem go nawet kilka razy dziennie.

Pewnego dnia zauważyłem jednak pewną rzecz. Otóż wirus nie nadpisywał mi istniejącego już na moim penie autorunu; tworzył tylko fałszywy kosz z wredną zawartością. Aha -- pomyślałem -- może więc nauczono go, że jeśli dany plik istnieje, to nie należy go podmieniać, bo to znaczy, że dysk jest już zainfekowany. Postanowiłem sprawdzić rzecz całą, więc utworzyłem sobie folder Recycled, a wewnątrz umieściłem pusty plik o nazwie ctfmon.exe -- i co? Od tej pory świństwo dało mi spokój.

Sposób sprawdzony i sprawdzany nadal, więc polecam go wszystkim.

30 stycznia 2008

Nabytek

Od jakiegoś tygodnia cieszę się nowym lapkiem Asus F5N. Bajer: 64 bity, grafika Nvidii, 2GB pamięci (fabrycznie było tylko 1GB, ale dołożyłem drugie tyle), oczywiście WIFI -- zdawałoby się, sama radocha. Schody zaczęły się, kiedy zacząłem instalować system. Na pierwszy ogień Mandriva: nie działa dźwięk i radio. Kubuntu: to samo plus problemy z ustawieniem rozdzielczości. Debian Etch: instalator nie wykrył karty sieciowej, więc darowałem sobie. VLOS (oparty na Gentoo, podobno łatwiejszy w konfiguracji): mniej-więcej to samo. Ostatecznie przysiadłem nad Debianem Sid, ale nadal nie gada (zainstalowałem sterowniki ze strony Realteka i wszystko poszło elegancko) i nie widzi sieci bezprzewodowej (próbowałem ndiswrapper i madwifi, bez różnicy). W akcie desperacji ;) zaktualizowałem jądro do 2.6.23-1-amd64 (bo oczywiście wszystkie systemy -- o czym nie wspomniałem na początku -- brałem w wersjach 64-bitowych), no i nadal kicha. System niby nie zgłasza problemów z dźwiękiem, mogę nawet odpalić jakąś muzykę, Amarok ładnie pokazuje mi, że wszystko gra... tylko nic nie gra.

Może czegoś nie dopatrzyłem w konfiguracji, może coś zwaliłem. Prawdę mówiąc, dopiero teraz na poważnie wziąłem się za konfigurowanie czegokolwiek poprzez edycję plików, a nie klikanie opcji myszą.

Desperacją zupełną było zainstalowanie Windy, z której właśnie piszę i na której oczywiście wszystko śmiga, gra i buczy. Próbował ktoś instalować na tym lub podobnym sprzęcie Linuksa? Może jakieś inne distro, którego nie brałem pod uwagę? Nie chce mi się wracać do systemu, który, zdawałoby się, pożegnałem na dobre jakieś pół roku temu i mam z nim do czynienia tylko w pracy.

Jakiś czas temu miałem "przyjemność" instalować klientowi oryginalny XP. Rutyna, poza tym, że klucz trzeba czytać z naklejki zamiast klepać z pamięci TPCCC-XH43D itd. Jakoś z niewiadomych przyczyn, w głupim odruchu, aktywowałem go tuż po zainstalowaniu. Potem sterowniki, restart... I wspaniały komunikat o "znaczącej zmianie sprzętu" i konieczności ponownej aktywacji. Dobra, Bill, niech ci będzie. Próbuję go aktywować jeszcze raz i cóż? Oto dowiaduję się, że "limit aktywacji przy pomocy tego klucza został wyczerpany i konieczna jest aktywacja telefoniczna" (albo jakoś tak). Jakaś paranoja, ale dzwonię -- no i kolejna niespodzianka: głupia ankieta. Czy system jest zainstalowany tylko na jednym kompie, czy była zmieniana płyta główna, czy może karta graficzna (a może powinienem był odpowiedziać, że tak?), a na końcu decyzja automatu, że chyba coś kręcę, więc przełączy mnie do człowieka.

Człowiek powiedział mi, że ten typ tak ma, po czym przekierował z powrotem do automatu, któremu trzeba było przeklikać jeden głupi numer, a potem zapisać drugi pod jego dyktando. No i jeszcze to, że jeśli klientowi zdarzy się reinstall systemu, będzie go mógł aktywować tylko telefonicznie. Uff, dość.

Parę godzin później kolejny system, sterowniki (nauczony doświadczeniem pilnowałem tym razem kolejności), aktywacja... i coś nie chce połączyć. Sieć działa, strony się otwierają, aktywacja nie idzie. OK, telefon w łapę, dzwonimy. Już na starcie wyczułem, że coś nie tak, bo zamiast dobrze znanego menu dostaję coś typu "jeśli jesteś klientem biznesowym, wciśnij..." itd. Koniec końców postanowiłem połączyć się z człowiekiem. Uprzejmy człowiek płci żeńskiej powiedział mi, że niestety serwery aktywacyjne mają właśnie awarię i dostanę numer "na piechotę". Przez chwilę zakołatało mi się w głowie złośliwe pytanie "To co, wy te serwery na Windowsie macie postawione?", ale ostatecznie uznałem że biedna telefonistka nie jest temu winna i skończyło się na przedyktowaniu w obie strony tych głupich numerków.

Wniosek? Cieszę się, że mnie osobiście to gówno nie dotyczy. Co kilkanaście dni przychodzi ktoś z laptopem i chce wymienić oryginalną Vistę na pirackie XP, bo już go szlag trafia; niedawno przekonałem jednego klienta do Mandrivy i na razie wygląda na zadowolonego, coraz częściej zdarzają się kompy z preinstalowanym Linuksem i chyba coraz więcej ludzi się do niego przekonuje (choć niedawno gość kupował laptopa ModeCom z Kubuntu i musiałem zainstalować na nim XP). Tak trzymaj, Bill, jeszcze trochę problemów ze sprzętem, aktywacją, DRM i czym tam jeszcze wymyślisz, a może ludzie zaczną wreszcie używać czegoś normalnego.

20 czerwca 2007

Zadowolnięty

Już pewnie od miesiąca z górą jestem zadowolonym użytkownikiem Mandrivy Spring. Czas chyba na pierwsze wnioski.

  • Walkę o miano najlepszego klienta poczty ostatecznie wygrał Kmail. Paru rzeczy mi w nim brakuje, ale pracuje się z nim całkiem-całkiem.
  • Amarok jest super zajefajny, ale po kilkuletnim przyzwyczajeniu do Foobara2000 chciałbym w nim widzieć parę rzeczy (obsługa archiwów, tagowanie via freedb -- choć tę funkcję dobrze spełnia Easy TAG -- pełna obsługa z klawiatury, wsparcie dla mniej popularnych formatów).
  • Przyzwyczajenie do PSI procentuje: przynajmniej pod tym względem nie musiałem się przestawiać. Beryl chodzi bez problemu. Tak się z nim już zżyłem, że praca na Windowsie wydaje mi się jakaś taka kanciasta (znajomy stwierdził, że różnica jest jak między tańcem a maszerowaniem).
  • Obsługa oprogramowania (wyszukiwanie, instalacja itd) jest bardzo prosta. W przeważającej mierze wszystko mogę zrobić przez urpmi, może dwa lub trzy razy sam musiałem kompilować źródła.
  • Praca z systemem jest bardzo wygodna i komfortowa; pewnie jeszcze parę miesięcy i moje zadowolenie będzie pełne.

Zastanawiam się, dlaczego w odwiecznej walce między użytkownikami różnych dystrybucji tyle razy pada tekst w stylu "Mandriva to szajs". Nie bawię się w programowanie, nie mam ochoty godzinami ślęczeć nad dobraniem wszystkich pakietów potrzebnych do zainstalowania czegoś tam, nie stawiam żadnego serwera -- potrzebny mi był stabilny, funkcjonalny, niezawodny i łatwy w obsłudze system desktopowy, i taki też znalazłem.

Uff, na początek to chyba tyle.

Chyba od tygodnia lub dwóch siedzę na Mandrivie Spring i stwierdziłem, że mam tu wszystko, czego mi potrzeba. Jeszcze tylko poprzenosić parę rzeczy, upewnić się, że nic nie zostało -- i jestem jakieś 10 GB do przodu, dotąd zajmowanych przez c:\

Fakinszit, zamiast przenieść do następnej linii, wysłało notkę, więc reszta pójdzie jako edit.

Do Thunderbirda podchodziłem kilka razy, z braku laku poszedłem kolejny raz -- i wnioski wciąż te same:
Brak centrum połączeń. Jeśli odbiera mi się czternaście maili, chcę wiedzieć, jaki jest postęp i rozmiar bieżącego, kto go nadał, ile czasu pozostało do końca itd. Pasek globalnego postępu to stanowczo za mało i aż dziw bierze, że przez tyle czasu nikt nie napisał odpowiedniego rozszerzenia.
Umieszczanie załączników jest do h... niepodobne. Wielkie zdjęcie widzę jako wielkie zdjęcie, z poziomym i pionowym paskiem przewijania. A może by tak zrobić ładny pionowy pasek z ikonami? I podgląd obrazów w tabach, oczywiście ze skalowaniem do rozmiarów okna?

Kmail wypróbowałem na samym początku i też mnie nie zadowolił:
Brak możliwości ustawienia osobnych katalogów dla każdej skrzynki. Niby pozakładałem sobie osobne Odebrane, ale i tak wszystko jest w jednym worku (tzn. drzewie).
Przeglądanie załączników już lepsze, od biedy mógłbym się przyzwyczaić.
Po paru minutach pobierania poczty przerywa i częstuje jakimś błędem (zaraz nawet zarzucę jeszcze raz, na pewno wyskoczy -- ooo, jak na zawołanie: "połączenie z serwerem poczta.o2.pl zostało przerwane", super, wszystko jasne). Grrrr, kiedy to się w końcu odbierze!?

Wczoraj znalazłem Claws Mail. To nic, że nieładnie wygląda, w końcu to wnętrze się liczy, a na bezrybiu i najgorszy pasztet nabiera urody :P Niestety też potrafi znienacka przerwać pobieranie wiadomości, na konfiguracji S/MIME poległem i nie udało mi się dodać certyfikatów, a na dodatek nie umie pobierać wiadomości z dwóch skrzynek równocześnie: najpierw musi skończyć jedną, a dopiero po niej zabiera się za kolejną.
Na plus należy mu zaliczyć wreszcie sensowne pokazywanie załączników, czytelne powiadamianie o nowej poczcie (do wyboru popup lub znana z TheBat tablica informacyjna -- ciut niedopracowana, ale nie używam). Na minus -- o ile ktoś tego używa, bo ja nie -- brak możliwości napisania maila w html-u. Zresztą chyba nawet założony przez autorów, więc nie jest niespodzianką (oczywiście czyta takie wiadomości dobrze).

Naprawdę brakuje mi Nietoperza, a pod Wine i CrossOver wygląda bardziej brzydko, niż najbrzydsze programy rodem z Gnome (kto próbował, ten wie -- zupełnie nie do życia). Czy rzeczywiście linuksy nie mają klienta poczty z prawdziwego zdarzenia?

Taaa, kolejna edycja: wczoraj podczas zapisywania notki przekierowało mnie do strony logowania, a cała treść poleciała w kosmos. Powklejałem kolejne akapity z tego, co zapamiętał Klipper (wspaniałe narzędzie swoją drogą) i z rozpędu zapomniałem o pierwszym akapicie. Po powrocie do domu może go jeszcze znajdę -- a miał być oczywiście o tym, że wśród tych wszystkich wspaniałości dotkliwie brakuje mi porządnego klienta poczty.

Nie wiem, czy to skutek używania Jabbera w ogóle, czy też kulejącego swego czasu (zanim Smoku nie zrobił z tym porządku) transportu Tlena, ale już od długiego czasu nie używam czegoś takiego, jak status Niewidzialny.

Wychodzę z założenia, że jeśli jestem, to znajomi raczej powinni o tym wiedzieć, a jeśli mnie nie ma, też mogą być tego pewni. I tak, kiedy nie mam ochoty z kimś rozmawiać, po prostu się nie odzywam (w końcu niekoniecznie muszę być przy kompie), przed pokemonami ratuje mnie autoryzacja/friends-only, tudzież wiek podany w wizytówce, a jeśli chcę się przed kimś schować, mam do tego privacy-list.

Śmieszna jest cała ta maniera rodem z gg, że wszyscy siedzą niewidzialni i każdą rozmowę muszę zaczynać od "Jesteś?", a potem czekać na odpowiedź lub jej brak. Może to skutek braku w gg statusu DND, ale w końcu od czego są opisy? Zresztą inne protokoły mają ten status, a ludzie też się ukrywają.

Osobiście uważam, że bycie albo widocznym, albo offline, bez ściemniania, jest przejawem dobrych manier.

28 lutego 2007

Smród taniochy

Ktoś się kiedyś zastanawiał, dlaczego tanie płyty CD-R tak śmierdzą? Jakimś spalonym plastikiem czy czymś w tym stylu... Jedno pudełko wystarczyło wczoraj, żeby zasmrodzić cały pokój. W sumie chyba z zawiązanymi oczami, na sam węch, poznałbym czy mam do czynienia z markową płytką, czy z chłamem z marketu.

Zdawałoby się, prosta czynność -- zmiana hasła do transportu (w tym przypadku GyGy) -- i szlag mnie trafia. Kiedy tak po prostu wybieram rejestrację, mogę zmienić parę rzeczy, ale hasła nie ma wśród nich. Musiałem wyrejestrować transport, na co posypało się coś koło siedemdziiesięciu wiadomości, że cofnięto mi autoryzację, następnie zarejestrować go ponownie, już z nowym hasłem -- no i tu zaczyna się zabawa. Wiem, że Tkabber ma możliwość poproszenia o autoryzację hurtem całej grupy, ale w Psi jest dziobanie myszą: prawym na kontakt --> autoryzacja --> ponownie poproś o autoryzację -- na co wyskakują dwie wiadomości: że zostałem autoryzowany (--> Następna) oraz że użytkownik chce dołączyć do rostera (-> Dodaj/autoryzuj). Do tego kliknięcie OK na informacji potwierdzającej wysłanie prośby.

70 kontaktów x 5 kliknięć = 420
To jeszcze x2 konta (chrome.pl oraz jabber.autocom.pl), i wychodzi prawie tysiąc. Nigdy nie sądziłem, że na stare lata zostanę klikaczem.

02 czerwca 2006

Zabawa i tyle

Na jakimś forum znalazłem link do Wspomagacza. Taki tam trojan; polski, podobno najmniejszy --- ale skoro już dostałem go na tacy, przyjrzałem mu się z bliska. Nigdy nie miałem takich zapędów, więc zgadałem się z moją Piękniejszą Połową, że prześlę jej serwer (zaszyfrowany, żeby przypadkiem poczta go nie ścięła) i pobawię sę trochę. Antywirus (który zresztą sam instalowałem) podniósł alarm, oczywiście "pomiń", chwila zabawy, wysuwanie szufladki CD, przesuwanie okien, przeglądanie dysków (bez zaglądania do prywatnych folderów, bo w końcu nie jestem u siebie) -- całość zaowocowała dwoma wnioskami:

  1. do zabezpieczenia się przed gówniarzami używającymi tego rodzaju narzędzi wystarczy antywirus, firewall i odrobina rozsądku (żeby nie klikać w co popadnie)
  2. nie mam zapędów włamywacza i nie kręci mnie podrzucanie trojanów komukolwiek, żeby ganiać mu po kompie i robić głupie numery
W związku z drugim wnioskiem zadaję pytanie, chyba retoryczne: czy jestem jeszcze normalny, czy zwyczajnie nienormalny?
Aha, jeszcze trzeci wniosek: zanim zostałem wpuszczony, dowiedziałem się, że w kwestii uszanowania prywatności cieszę się bezwarunkowym zaufaniem. Choć to oczywiste, miło się dowiedzieć -- a bezwarunkowość zaufania jest wzajemna.
No i rzecz na boku, pt. dygresja: "kocham cię tak, że podałbym ci wszystkie moje hasła" (tu aż się prosi o emotkę z wywalonym jęzorem, czyli :P)

Pady gg to już żadna sensacja. Zawsze zastanawiało mnie tylko, dlaczego pomimo ogólnego padu działał serwer reklam -- dziś jednak jest inaczej: po padzie wszystkiego (swoją drogą ładne powitanie dzieciarni komunijnej, która cieszy się nowymi komputerami, buhahaha) serwer reklam nie wstał. Ciekawe, co teraz widzą ci, którzy używają oryginalnego klienta.

Wczoraj braciak chciał sprawdzić ode mnie pocztę, przez www, na Interii. Ponieważ Adblock coś tam przycina, a nie chce mi się szukać i usuwać reguły, wyłączyłem go na czas sprawdzania. Jako że był już późny wieczór, zapomniałem go włączyć z powrotem i poszedłem spać. Nieźle mnie dziś zaskoczyło wejście na jakąś tam stronę: reklama obok reklamy i reklamą pogania. A w takiej błogiej nieświadomości dotąd żyłem; wszystko czysto, ładnie, nic nie przeszkadza... Przyzwyczaja się człowiek do wygody, nie ma co.

16 lutego 2006

Mega ROTFL

Log z wczorajszo-dzisiejszej rozmowy z kumplem:

(2006-02-15 21:24:19) Artur:
toche twoje klimaty chyba
(2006-02-15 21:24:20) Artur:
http://www.myspace.com/sleepterror
(2006-02-16 07:57:52) Cronos:
No, ciekawa muza, a i strona fajnie zrobiona -- jeśli widziałeś ją pod IE, sporo straciłeś ;)
(2006-02-16 12:09:03) Artur:
no wlasnie pod IE, a ty pewnie Godzille uzywasz ? czy jakos tak sie to nazywa ?


To ktoś jeszcze nie wie?

Coraz trudniej zapamiętać wszystkie loginy i hasła, szczególnie jeśli nie wyznaje się zasady "jedno hasło do wszystkiego". Kilka skrzynek pocztowych, serwisy, usługi i masa innych rzeczy -- czas więc w końcu zrobić z tym porządek. Już jakiś czas temu znalazłem coś, co nazywało się PINs, ostatnio przeszedłem na KeePass. Oba te programy bardzo mi się spodobały przede wszystkim ze względu na swoją przenośność. Jako że moje zaufanie jest dość ograniczone, rzeczy takie jak hasło do banku, PIN karty czy hasło do klucza PGP powierzam wyłącznie własnej pamięci. Ciekawi mnie, na ile bezpieczne są takie programiki.

Dostałem właśnie link do niezłego teledysku. Fanem aż takiej ekstremy nie jestem, ale ogląda się przyjemnie -- tylko jak sobie to cholerstwo zapisać? Ze zwykłymi flashami nie ma żadnych kłopotów, a ten jest umieszczony tak, jakby zamierzone było oglądanie go wyłącznie przez stronę.

Znalazłem fajny obrazek. Naprawdę bardzo fajny, choć dość obrazoburczy, dlatego dopiero jeśli ktoś naprawdę chce, niech sobie klika. Dobra, nie o tym miało być. Pomyślałem, żeby wysłać go mojemu obrazoburczemu kumplowi, tylko zamiast normalnie kliknąć ikonkę TheBat schowaną w tray'u, wybrałem z menu kontekstowego "wyślij obrazek", tak żeby wypróbować rzecz, której tak naprawdę nigdy nie używałem. Zastanowiło mnie, co zrobi Firefox: znajdzie domyślnego klienta, czy może krzyknie o braku Thunderbirda? Tymczasem zrobił coś, czym zaskoczył mnie zupełnie: oczom moim ukazało się chyba z kilkanaście okienek IE (nie mam pojęcia, co w nich miało być, bo ubiłem je natychmiast), a przy okazji dowiedziałem się, że "program miranda.exe wygenerował błędy i zostanie zamknięty przez system Windows" itd.
Aby upewnić się, że to nie przypadek, powtórzyłem czynność jeszcze raz -- i znów to samo, tylko już bez padu Mirandy. Już chyba mniej bym się zdziwił, gdyby nagle pojawił się ten niebieski splash Outlook Expressu ;)
Ciekawi mnie, jaką logiką kierował się Lisek, częstując mnie widokiem, jaki w ciągu paru lat zdążyłem zapomnieć.

Mam w końcu to, czego szukałem i o czym marzyłem od dawna: przenośną wersję TheBat, która wszystkie ustawienia trzyma przy sobie. Hehe, sama radocha; zadomowił się już w moim playerku mp3, tuż obok Mirandy, a resztą miejsca prawie niepodzielnie włada Jarboe z dwupłytowym "Mystery of faith".
Jakiś tydzień wcześniej wpadł mi w ręce przenośny Thunderbird, ale ten klient od początku mi nie podchodził, choć ja próbowałem do niego podejść kilkakrotnie. Zbyt wielu rzeczy mi w nim brakuje, dlatego wolę pozostać przy "legalnym inaczej" Nietoperzu.
Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział: Firefox też istnieje w takiej wersji. Jak tylko dokupię kartę (bo w końcu muza też musi się gdzieś mieścić, więc na razie nie szaleję), dorzucę jeszcze może przenośny OpenOffice i w ogóle rozpocznę akcję pt. "Mój soft zawsze ze mną" ;)

"C2AttachmentsUnblocker to bezpłatny dodatek do programu Microsoft Outlook umożliwiający odblokowanie domyślnie zablokowanych (ze względów bezpieczeństwa) załączników poczty o rozszerzeniach takich jak np. .exe czy .reg. Program instaluje się jako dodatkowa karta w Opcjach menu Narzędzia, skąd umożliwia w prosty sposób dodawanie i usuwanie poszczególnych rozszerzeń plików, które nie mają być blokowane".
Chciałem do tego dopisać jeszcze coś od siebie, ale ręce mi opadły.

14 października 2005

Znalezione w quizie IDG

"Wirusy komputerowe powinny być uznawane za formę życia. To mówi nam coś o naturze człowieka -- jedyna forma życia, jaką stworzyliśmy, jest destrukcyjna. Stworzyliśmy życie na swoje podobieństwo." (Stephen Hawking)
Czy komuś przypadkiem nie kojarzy się to z "wykładem" agenta Smitha w pierwszej części "Matrixa", kiedy porównał ludzkość do wirusa zarażającego planetę?

Zielony jestem, jak na wiosnę przystało. Przewaliłem ustawienia joggera, poradnik na głównej stronie -- i właściwie wiem jeszcze mniej. Jak zmienić cokolwiek w szablonie, nie mając jego kodu? Głupie dodanie linka z boku, podlinkowanie pliku, który niby umieściłem, ale nie znam ścieżki do niego... Kicha, bo to przecież podstawy.